Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 30 sierpnia 2011

Phil Collins

Phil Collins - Face Value
Atlantic SD 16029 USA
1981
****
Side One:
1.In The Air Tonight
2.This Must Be Love
3.Behind The Lines* (Collins, Banks, Rutherford)
4.The Roof Is Leaking
5.Droned
6.Hand In Hand
Side Two:
1.I Missed Again
2.You Know What I Mean
3.Thunder And Lightning
4.I'm Not Moving
5.If Leaving Me Is Easy
6.Tomorrow Never Knows* (Lennon/McCartney)
Written By: Phil Collins except*







Recenzja: Tylko Rock 10 (38)/1994
Autor: Grzesiek Kszczotek
To bardzo udany album. Świetne piosenki - prawdziwy profesjonalizm, wyczucie... Jest kilka prawdziwych perelek. Choćby In The Air Tonight, w której łagodna, nieco melancholijna melodia świetnie łączy się z dość ostrym i surowym akompaniamentem perkusji. Czy bardzo ładna The Roof Is Leaking, z lekko przetworzonym głosem Collinsa oraz nastrojowym tłem fortepianu i gitary dobro, albo bardzo smutna You Know What I Mean, z subtelnie wprowadzonymi smyczkami...
Tu, na tej płycie, Collins mógł wreszcie w większym stopniu niż na albumach Genesis dać upust swoim fascynacjom muzyką południowoamerykańską i soulem. Utwory This Must Be Love, I Missed Again oraz nowa wersja Behind The Lines, znanego już z płyty Duke, to bardzo typowe przykłady jego ulubionych klimatów. Choć kogoś pewnie może zirytować nieco natrętne brzmienie instrumentów dętych (Thunder And Lighting, If Leaving Me Is Easy)...
Dość ciekawie wypadają dwie niemal ze sobą połączone kompozycje instrumentalne, Droned i Hand In Hand. Zwłaszcza pierwsza z nich, nasycona muzyką Wschodu - jedna z najbardziej ambitnych wycieczek Collinsa w stronę rockowego eksperymentu.
Intryguje też przeróbka beatlesowskiego Tomorrow Never Knows. Choć może trochę szkoda, że artysta nie odważył się potraktować dzieła Johna Lennona z większą śmiałością...

Phil Collins - Hello, I Must Be Going!
Atlantic 80035-1 (Germany)
1982
*****
Phil Collins (drums, keyboards, vocals), John Giblin (bass), Mo Foster (bass), Daryl Stuermer (guitar), Peter Robinson (piano), Michael Harris (trumpet), Rhamlee Michael Davis (trumpet, vocals), Louis Satterfield (trombone), Don Myrick (saxophones),The Phenix Horns (band), Peter Newton (backing vocals), Louis Satterfield (backing vocals)
Producer: Phil Collins, Hugh Padgham
Side One:
1.I Don't Care Anymore
2.I Cannot Believe Its True
3.Like China
4.Do You Know, Do You Care?
5.You Can't Hurry Love*
Side Two:
1.It Don't Matter To Me
2.Thru These Walls
3.Don't Let Him Steal Your Heart Away
4.The West Side
5.Why Can't It Wait Til Morning
All Songs written by Phill Collins, except* (Holland-Dozier-Holland)






Recenzja: Razem (grudzień 1982)
Autor: Karol Majewski
Po raz pierwszy Collins zainteresował mnie w roku 1975, kiedy widziałem go w barwach Genesis, podczas znakomitego koncertu w słynnym Palladium - wszystkie bilety wykupione tydzień wcześniej, wielka gala, znane nazwiska na widowni, aplauz i nieustające owacje fanów itd. Natomiast dnia następnego po prawie godzinnej przejażdżce koszmarną Nother Line, gdzieś na krańcach Londynu znowu spotkałem Phila , w małym obskurnym klubie, gdzie wspierał swoją grą, a nie nazwiskiem nieznany jeszcze zespół Brand X. Było to bardzo ujmujące, że reklamując się w prasie, na afiszach, zespół Brand X, nie eksponował obecności tak znanego muzyka, jakim był i jest Phil Collins. Jego nazwisko było drukowane tą samą czcionką, co pozostałych członków zespołu. Podobnie było na koncercie. Phil siedzący za skromnym zestawem perkusyjnym nie sprawiał wrażenia gwiazdy, która przypadkowo znalazła się w tym towarzystwie, nie dawał nigdy do zrozumienia (a widziałem kilkanaście koncertów tego zespołu), że należą mu się jakieś specjalne względy. Podobało mi się to bardzo, tym bardziej że urojonych gwiazdorów spotykałem aż za dużo, zarówno nad Wisłą jak i nad Tamizą. Gdy udało mi się zamienić kilka słów z Philem, dowiedziałem się, że świadomie nawiązał współpracę z młodym, lecz obiecującym zespołem Brand X. Potrzebuję innej muzyki, nowych ludzi, nie chcę zamykać się w zamku o nazwie Genesis. Chciałbym, aby moja wrażliwość wyciągnęła się jak guma do żucia, aby znalazło sie w niej wszystko od klasyki do pop music. Mam mnóstwo pomysłów, które będę realizował, praca w Genesis jest jednak nadal na pierwszym miejscu.
Minęło kilka lat i Collins powoli wprowadza swe pomysły w życie. Nie tylko nagrywa solowe płyty (świetna Face Value), lecz także pomaga innym muzykom jak Robert Plant (Pictures At Eleven), czy John Martyn (Glorious Fool, będąc jednocześnie producentem tej płyty). O solowym albumie Fridy i udziale w nim nie warto wspominać, bowiem jego wpływ tym razem był minimalny.
Kilka miesięcy temu ukazał się kolejny solowy album "Hello, I Must Be Going!". Po pierwszym przesłuchaniu, mając jeszcze w pamięci "Face Value", byłem trochę zawiedziony. Raziła mnie monotonia, powielanie pewnych pomysłów z poprzednich nagrań. Póżniej posłuchałem "Hello, I Must Be Going!" raz jeszcze i jeszcze raz, aż zmienilem zdanie w sposób zasadniczy. Dłuższe obcowanie z muzyką Phila pozwoliło mi zauważyć, odkryć wiele subtelności, niuansów, znakomitych pomysłów aranżacyjnych, którymi ten album nasycony jest w sposób niezwykły. Muzyk obraca się oczywiście w kręgu pewnej stylizacji przez siebie stworzonej, ciągle jednak nadaje jej nowe barwy, bardzo atrakcyjne, lub nawet efektowne. Przypadły mi szczególnie do gustu następujące utwory: I Don't Care Anymore, Do You Know, Do You Care?, Thru These Walls, The West Side, natomiast za najsłabszy uważam You Can't Hurry Love, który jest jakby rozrywkowym przerywnikiem pomiędzy stroną pierwszą a drugą płyty. Tego rodzaju utwory zapomina się natychmiast po wysłuchaniu i zastanawiam się czym, kierował się Phill nagrywając oraz eksponując wśród wielu całkiem niezłych kompozycji takie straszydło.
"Hello, I Must Be Going!" jako całość sprawia bardzo solidne wrażenie i choć może nie jest tak atrakcyjna za pierwszym przesłuchaniem jak "Face Value", to posiada jednak tę wspaniałą, cichą urodę, którą zauważa się i zaczyna cenić dopiero po kilku spotkaniach.

Phil Collins - No Jacket Required
WEA 2292-51699-1 Germany
1985
****
Side One:
1.Sussudio
2.Only You Know And I Know*
3.Long Long Way To Go
4.I Don't Wanna Know*
5.One More Night
Side Two:
1.Don't Lose My Number
2.Who Said I Would
3.Doesn't Anybody Stay Together Anymore*
4.Inside Out
5.Take Me Home
Written By: Phil Collins
*-Written By: Phil Collins, Daryl Stuermer
Producer – Hugh Padgham, Phil Collins
Phil Collins (vocals, keyboards, drums), Lee Sklar (bass), Daryl Stuermer, Gary Barnacle (guitars), Don Myrick (saxophones), Phenix Horns (wind), Sting (backing vocals-A3).






Recenzja: Tylko Rock 10 (38)/1994
Autor: Grzesiek Kszczotek
Nikt nie oczekiwał, że ta kolejna płyta Collinsa będzie radykalnie różniła się od dwóch poprzednich. Ale... jest różnica. Choć niezbyt wielka.
No Jacket Required brzmi nowocześniej. Więcej tu elektronicznych instrumentów klawiszowych. Więcej też gitary. W końcu takie gitarowe sola, jak choćby w utworach Only You Know And I Know czy I Don't Wanna Know, na solowych płytach Collinsa nie pojawiały się zbyt często. Jak zwykle natomiast jest dużo mocnej, potężnie brzmiącej perkusji. Choć czsem nieco już denerwuje to jej trochę przetworzone elektroniczne brzmienie..
Oczywiście i tym razem dominuje muzyka wyrastająca z soulu (Sussudio), niekiedy bardzo efektownie opracowana, choć może nazbyt trącąca dyskoteką (Who Said I Would). Nie brak również słodkich ballad (One More Night, We Said Hello Goodbye*). A tu i ówdzie czuje się też piętno Genesis (Take Me Home)... Za dużo jednak w tym wszystkim rutyny, za mało świeżości, za dużo profesjonalizmu, za mało szaleństwa...
* (tylko wydanie CD)

Phil Collins/Marylin Martin - Separate Lives / Only You Know And I Know
Virgin VS 818 UK
1985
**
Side 1:
Separate Lives ((Bishop)
Side 2:
Only You Know And I Know (Collins, Stuermer)





Phil Collins - ...But Seriously

WEA 256919-1 Germany
1989
*****
Side A:
1.Hang In Long Enough
2.That's Just The Way It Is
3.Find A Way To My Heart
4.Colours
5.Father To Son
Side B:
1.Another Day In Paradise
2.All Of My Life
3.Something Happened On The Way To Heaven* (Phil Collins, Daryl Stuermer)
4.Do You Remember?
5.I Wish It Would Rain Down
Written By: Phil Collins, except*
Phil Collins (drums, vocal), Daryl Stuermer, Dominic Miller (guitars), Eric Clapton (guitar-B5), Leland Sklar, Nathan East (bass), Phoenix Horns (horns), David Crosby (vocal)
Producer: Hugh Padgham, Phil Collins






Recenzja: Tylko Rock 10 (38)/1994
Autor: Wojciech Machała
Sukces No Jacket Required pozwolił Philowi Collinsowi stanąć na nogi. Finansowo. W takiej sytuacji mniej dziwi, że następny album z premierowym materiałem ukazał się dopiero po czterech latach. Tak na dobrą sprawę jednak niewiele te lata zmieniły w artystycznym wizerunku artysty. But Seriously okazał sie kolejnym krokiem na szlaku wytyczonym przez No Jacket Required. Kolejnym krokiem byle dalej od stylistyki prawdziwego rocka. Właściwie jedynie ostra gitarowa koda kompozycji Hang It Long Enough przypomina tu o rockowym rodowodzie artysty.
But Seriously potrafi porywać przy pierwszym słuchaniu. Zdaje się, że Collins odnalazł złoty środek pomiędzy sentymentalną piosenką w tradycyjnym wydaniu a szlachetniejszą odmianą muzyki tanecznej. W obu konwencjach doskonale się zresztą czuje się jako wokalista i kompozytor. Potrafi zaśpiewać w bardzo subtelny, delikatny sposób, jak w Father To Son. Ale także - rytmicznie pokrzykiwać w soulowym Hang It Long Enough. Wykonanie ( i realizację akustyczną) wszystkich dziesięciu utworów cechuje doskonałe wyczucie stylu i wysoka kultura muzyczna. Kiedy trzeba, jest dynamicznie, ekspresyjnie - co podkreśla umiejętne wykorzystanie sekcji dętej (Something Happened On The Way To Heaven, Heat On The Street*); kiedy trzeba - nastrojowo (That Just The Way It Is, All Of My Life). Zaś samba Find The way To My Heart istotnie przesycona jest swobodną atmosferą brazylijskiej fiesty. Osobne słowa uznania należą się towarzyszącym Collinsowi instrumentalistom: trębaczom z Phoenix Horns, a przede wszystkim gitarzyście Darylowi Stuermerowi. Jego partie efektownie urozmaicają fakturę poszczególnych kompozycji. Choć to najpiękniejsze gitarowe solo zagrał na But Seriously ktoś inny - Eric Clapton w I Wish It Would Rain Down.
Wszystko to prawda - tyle, że dość powierzchowna. W istocie bowiem But Seriously oprocz tych paru pierwszych wzruszeń oferuje bardzo niewiele. Brakuje tu jakiś zapadających w pamięć rozwiązań melodycznych albo aranżacyjnych. Wszystko jest tu, zgoda, ładnie i harmonijnie zagrane, ale banalne. Collins uparcie trzyma się pewnych konwencji (jak na żadnej innej ze swoich solowych płyt). But Seriously bardzo na tym traci. Powiem otwarcie: po kilku przesłuchaniach przepadł wlaściwie cały mój sentyment do tego albumu. Z wyjątkiem jednej kompozycji - ballady Another Day In Paradise. Ta przetrwała próbę czasu. Może za sprawą wysublimowanego akompaniamentu gitary akustycznej. Może za sprawą charakterystycznej - Collinowskiej-partii perkusji. A może - tematyki, jaką porusza tekst...
* wydanie CD

Phil Collins - I Wish It Would Rain Down/Homeless (Another Day In Paradise Demo)
Virgin VS 1240
1990
****
Side A:
I Wish It Would Rain Down
Side B:
Homeless (Another Day In Paradise
Written By: Phil Collins





Phil Collins – Serious Hits...Live!
WEA 9031-72550-1 Germany
1990
***
Side One:
1.Something Happened On The Way To Heaven* (Daryl Stuermer, Phil Collins)
2.Against All Odds (Take A Look At Me Now)
3.Who Said I Would
4.One More Night
Side Two:
1.Don't Lose My Number
2.Do You Remember?
3.Another Day In Paradise
4.Separate Lives* (Stephen Bishop)
Side Three:
1.In The Air Tonight
2.You Can't Hurry Love* (Brian Holland, Eddie Holland, Lamont Dozier)
3.Two Hearts* (Lamont Dozier, Phil Collins)
4.Sussudio
Side Four:
1.A Groovy Kind Of Love* (Carole Bayer Sager, Toni Wine)
2.Easy Lover* (Nathan East, Phil Collins, Philip Bailey)
3.Take Me Home
Phil Collins (vocal, drums, piano), Leland Sklar (bass), Chester Thompson (drums), Daryl Stuermer (guitar), Brad Cole (keyboards), Harry Kim, Rahmlee Michael Davis (trumpets).
Written By: Phil Collins, except*










Recenzja: Tylko Rock 10 (38)/1994
Autor: Wojciech Machała
Wybrałbym się na taki koncert. Nawet, gdybym miał stać w tłumie daleko od sceny i twarze wykonawców oglądać na ekranie telebimu.(Cóż, skończyły się czasy, kiedy można było ujrzeć Collinsa na estradzie małej, przytulnej sali koncertowej). Poszedłbym na jego koncert w ciemno. Ma bowiem w swoim reperuarze tyle porywających przebojów, że dobra zabawa wydaje się gwarantowana. A nazwiska muzyków towarzyszących mówią same za siebie: profesjonalizm wykonania na najwyższym światowym poziomie.
Ponieważ jednak nie mogłem osobiście uczestniczyć w koncercie, pozostaje mi płyta. Dla posiadacza wszystkich poprzednich albumów artysty nie jest to może nic szczególnego. Choć znalazły się tutaj również przeboje filmowe Collinsa (Against All Odds, Separate Lives, Groovy Kind Of Love, Two Hearts). A część utworów wykonano w nieco zmienionych opracowaniach. Zwraca uwagę zwłaszcza Against All Odds , wzbogacony partią gitary i zaśpiewany w stylu, który trochę kojarzy się z czarnoskórymi mistrzami ballady pop (głównie z Lionelem Richie). Efektownie wypada rownież gitarowa solówka w Don't Lose My Number. A Who Said I Would brzmi - na szczęście - mniej syntetycznie niż na No Jacket Required. Jeśli czegoś repertuarowi Serious Hits...Live brakuje, to może kilku ostrzejszych akcentów. Pojawia sie jeden: wejście gitary we wstępie In The Air Tonight. A przecież Collins miał w swoim dorobku mocne kompozycje o zdecydowanie rockowym charakterze, które z powodzeniem mieściłyby się w formule tej wiązanki przebojów (żeby wymienić choćby I Don't Care Anymore). Potraktował je po macoszemu, szkoda.
Ta płyta ma jednak szczególną wartość dla tych, którzy wielbicielami twórczości Collinsa nie są. Chcieliby tylko mieć w swojej płytowej kolekcji zbiór jego najpopularniejszych utworów. Nie muszą dłużej szukać. Serious Hits...Live spełnia tę funkcję lepiej niż jakakolwiek składanka.


Okładka "Tylko Rocka" z którego pochodzą recenzje.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Mech

Mech - Tasmania
Polton LPP-005
1983
*****
Robert "Lor" Milewski (instr. klawiszowe, śpiew); Maciej Januszko (gitara basowa, śpiew); Janusz Łakomiec (gitary, śpiew); Andrzej Dylewski (perkusja)
Realizatorzy: Andrzej Sasin, Andrzej Lupa
Stroana A:
1.Tasmania (R. Milewski, M. Januszko-R. Milewski)
2.Spokojnie, to minie (J. Łakomiec, M. Januszko-M. Januszko)
3.Popłoch (M. Januszko, A. Korzyński-M. Januszko)
4.W pajęczej sieci milczeń (A. Dylewski-R. Milewski)
Strona B:
1.Elektryczna kokieteria (M. Januszko-M. Januszko)
2.Brudna muzyka (J. Łakomiec, M. Januszko-J. Łakomiec)
3.Kołysanka dla nienarodzonego (A. Dylewski-J. Dylewska)
4.Suahili (R. Milewski- R. Milewski)




Recenzja: Tylko Rock Nr 4 kwiecień 1994
Autor: Wiesław Królikowski

Temu zespołowi nie brakowało poczucia humoru. Pamiętam, że podczas wrocławskiego Rocka Na Wyspie ich frontman, Maciej Januszko, wyszedł z włosami spryskanymi zielonym sprayem i na wstępie oświadczył, że właśnie zapisali się do Partii Zielonych...Tej grupie nie brakowało ambicji. Gdy słyszałem ich po raz pierwszy - było to przy okazji koncertu w warszawskim Teatrze Małym - wystąpili z gościnnym udziałem jazzmana tej klasy, co Tomasz Stańko, i z laserową aparaturą, która była u nas wtedy nie lada atrakcją.
To był dziwny zespół i z początku nazwę miał też zupełnie dziwną: Zjednoczone Siły Natury "Mech". Nazwa była żartobliwa: ten "Mech" wziął się od nazwy Klubu Politechniki Warszawskiej, w którym działali - Mechanik. Też trochę dziwnie tam sobie poczynali, jeśli wziąć pod uwagę to, co przydarzyło im sie później...Malowaliśmy obrazy, graliśmy w kabarecie i organizowaliśmy choinkę dla dzieci. Przeszliśmy przez piosenkę poetycką i kabaretową - opowiadali w 1983 roku współpracownikowi "Kuriera Polskiego" Maciej Januszko i Robert Milewski. Grupa na pewno nie powstałaby, gdyby nie ich przyjaźń i wspólna pasja: Znamy się jeszcze z liceum, z warszawskiego Rejtana. Wtedy graliśmy wszystko, co rockowe i nikt z nas nie myślał o jakiejkolwiek muzycznej karierze.. Kariera ZSN "Mech" wyglądała mniej więcej tak... Zespół zadebiutował przed szeroką publicznością w trakcie festiwalu Pop Session 79. Wtedy sztandarowej imprezy Muzyki Młodej Generacji - owej menażerskiej próby reanimowania polskiego rocka. Pod koniec 1981 roku ustalił się ostatecznie skład. W następnym roku Mech legitymował się kilkoma małymi płytami i uparcie przdzierał się do rodzimej czołówki. W 1983 roku ukazały się - niemal równocześnie...- pierwszy i drugi longplay kwartetu. Zaciekawiły niektórych słuchaczy, lecz furory nie zrobiły. A Mech staral sie jakoś przetrwać. Jesienią 1983 roku wybrał się na zarobek do klubów RFN i ...bodaj w następnym roku przestał istnieć.
Był to bardzo staroświecki zespół jak na tamte, nowofalowe czasy. Zespół młodych "dinozaurów", jeśli użyć ówczesnej nomenklatury. Mech - a może przede wszystkim: siedzący przy klawiaturze Milewski - zapatrzony był w tak niemodnych wtedy mistrzów art rocka. Potwierdzały to pierwsze nagrania płytowe: jeśli zespół walczył z telewizją jak nasi ówcześni rockowi buntownicy - była to piosenka w klimacie Genesis (TV Super Star)...Debiutancki longplay Bluffmania był pozycją zastanawiającą. Zespołowi zamarzyły się przeboje dla jak najszerszej publiczności, ale też usiłował łączyć w swych utworach różne style. Chociaż te szaleństwa miały posmak amatorstwa, znalazło się też miejsce dla stosunkowo swobodnej formy instrumentalnej, w której było coś z jazz rocka i ilustracyjnej muzyki Pink Floyd (Nautilius perkusisty, Andrzeja Dylewskiego). Niby dobrze pasowało to do deklaracji Januszki i Milewskiego: Pragniemy komponować i grać rock urozmaicony, choćby to nawet być poczytane za brak stylu i eklektyzm.
Jednak dopiero druga duża płyta Tasmania, świadczyła o pewnej dojrzałości. Także teksty - autorstwa samych muzyków - pisane były "na luzie", lecz nie na odwal. Choć zapraszali na egzotyczną wyprawę (Tasmania), to w miarę możliwości starali się komentować ówczesną polską rzeczywistość: Mowę trawę może trzoda zje (Suahili). Były już tu utwory dopracowane, z ładnymi solami gitarowymi Janusza Łakomca (Spokojnie to minie). Jeśli muzyka robiła się liryczna, nastrojowa - to nadal można było doszukać się we frazowaniu, w melodyce w lini basu pewnego wpływu Genesis (W pajęczej sieci milczeń). Ale na pewno był tu już najprawdziwszych Mech ze swymi rockowymi wyskokami. A to zaczynał utwór niczym Black Sabbath (Popłoch). A to wychwalał muzykę młodzieżową i szydził z tych, którzy dostrzegali w niej brud importowany, do tego podpierając się pastiszem odpowiednio paskudnych The Stranglers (Brudna muzyka). Wrszcie popisywał się swego rodzaju muzyczną groteską do słownych swawoli Januszki (Elektryczna kokieteria). Kto wie, może taka specjalizacja uratowałaby ten zespół?
Okładka Tylko Rock z którego pochodzi recenzja.

Lady Pank

Lady Pank - Lady Pank
Tonpress KAW SX-T26
1983
*****
Skład: Jarosław Szlagowski (perkusja); Paweł Mścisławski (gitara basowa); Jan Borysewicz (gitara, gitara solowa, śpiew); Janusz Panasewicz (śpiew); Edmund Stasiak (gitara).
Realizator nagrania - Sławomir Wesołowski, asystent - Mariusz Zabrodzki.
Strona 1:
1.Mniej niż zero
2.Kryzysowa narzeczona
3.Fabryka małp
4.Pokręciło mi się w głowie
5.Du du
Strona 2:
1.Zakłócenie porządku
2.Zamki na piasku
3.Wciąż bardziej obcy
4.Vademecum skauta
5.Moje Kilimandżaro
Muzyka: Jan Borysewicz, słowa: Andrzej Mogielnicki






Recenzja: Tylko rock (nr 4, grudzień 1991)
Autor: Wiesław Królikowski
Grupa Lady Pank zaczęła robić karierę w dość szczególnej aurze. O ile nasz rockowy boom z początku lat osiemdziesiątych ujmował autentyzmem, to zespół ten narażał się na zarzut sztuczności. Oto w czasach triumfów Republiki pojawiła się grupa ewidentnie komercyjna, nastawiona na odniesienie jak największego sukcesu. I - na dodatek - szybko dopięła swego. Sklad ustalił się jesienią 1982 r., a już 1983 rok okazał się w naszym estradowym światku rokiem Lady Pank.
Lady Pank miało stać się kolejnym dowodem na to, że nie można było już zbyć Andrzeja Mogielnickiego słowem "tekściarz". On sprowokował powstanie grupy, był jej tubą i ideologiem. Nie miał też wątpliwości, co do swego znaczenia w zespole, który założył z Janem Borysewiczem. Powtarzał: rock w ogromnej mierze opiera się na tekstach. A jeśli chodzi o prasowe wynurzenia Mogielnickiego na temat Lady Pank...Nie chcieliśmy robić grupy o konkretnym obliczu stylistycznym - stwierdzał jesienią 1983 roku, w wywiadzie dla "Non Stopu". Po prostu chcemy być poprockowym zespołem, grającym muzykę lat osiemdziesiątych.
Zaś na temat swego artystycznego partnera, Mogielnicki mówił: W moim odczuciu Borysewicz gra to, co chce, a nie to, co akurat jest modne...Można też było od niego dowiedzieć się, że Janek jest romantyczny i łatwo się wzrusza.
Lady Pank stało sie dla Borysewicza wielką szansą, która potrafił wykorzystać. Jeśli nawet popełniał nadal pewne kompromisy, to już tylko na własny rachunek.
Przedtem ten zdolny muzyk i wyróżniający gitarzysta jakoś nie mógł znaleźć należnego mu miejsca. Ale też nie byłoby Lady Pank, gdyby pod koniec lat siedemdziesiątych nie zabłąkał sie do Budki Suflera. Właśnie grając w Budce zaczął współpracować z Mogielnickim, który od pewnego momentu stał się jedeynym tekściarzem Romualda Lipki i jego ekipy.
Lady Pank w założeniu powstało jako supergrupa i naszym marzeniem było, aby tak się stało - powiedział w 1984 roku Borysewicz w wywiadzie dla "Odgłosów". Debiutancki longplay - nagrany i wydany w 1983 roku - okazał się superpłytą, jak na polski rock tamtych czasów. A i po latach brzmi całkiem dobrze, jeśli tylko wziąć poprawkę na niektóre teksty Mogielnickiego, mocno osadzone w realiach początku minionej dekady (lat osiemdziesiątych, przyp. vinylmania). Nie tak dawno rozmawiałem z Borysewiczem na ten temat. I nie krył swego zadowolenia: Mnie się wydaje, że tamta płyta przeskoczyła wówczas wiele, może powinna ukazać się jako trzecia...
Lady Pank to w gruncie rzeczy zbiór największych przebojów zespołu. To przebój za przebojem.
W takim uderzeniu była wtedy spółka Borysewicz-Mogielnicki. Borysewicz skomponował bardzo proste melodie, dobrze służące wyartykułowaniu tekstu. Zresztą - podobno - powstającego później...Wykazywał przy tym autorską indywidualność i bezdyskusyjny profesjonalizm. Wbrew - cytowanym wyżej - słowom Mogielnickiego grupa miała bardzo sprecyzowany styl i była pod wrażeniem ówczesnej mody ze świata. Już pierwsze nagrania Borysewicza, dokonane na konto Lady Pank, zdradzały wpływ The Police i zdarzały się nawet zapożyczenia aranżacji: Mała Lady Pank zawdziędzała swój podkład rytmiczny Message In A Bottle...
Jednak w przypadku debiutanckiego longplaya ta fascynacja Policjantami przybrała bardziej subtelną, już przekonującą postać. Po prostu Borysewicz tworzył chwytliwy repertuar w klimacie tamtego zespołu i preparował brzmienie swej grupy w podobny sposób. Stąd też wynikły odniesienia do reggae - mniej (Zamki na piasku) lub bardziej wyraźnie (Pokręciło mi się w głowie). Borysewicz wręcz demonstracyjnie darował sobie poszukiwania muzyczne, zazwyczaj traktowane jako przejaw rockowego artyzmu. Co najwyżej urozmaicał rytmikę utworu (Fabryka małp).
Śpiew Janusza Panasewicza, w konwencji krzykliwej i rytmicznej melorecytacji, odpowiadał duchowi czasu. I zarazem Mogielnickiemu. Rzeczywiście, można było wtedy sądzić, że nie ma mowy o Lady Pank bez jego tekstów...na okładkowym zdjęciu muzycy wyglądają prowokacyjnie i Mogielnicki pisząc, dla tego zespołu, specjalizował się w ironicznym, zgryźliwym komentarzu.
Proponował skrajnie subiektywne i zgoła humorystyczne widzenie smutnych czasów stanu wojennego (Krzyzysowa narzeczona). A było to częścią przekornej postawy. Postawy polegającej na dystansowaniu się od świata, w którym obowiązują idiotyczne systemy wychowawcze (Vademecum skauta), nie ma perspektyw dla młodego pokolenia (Mniej niż zero) i raz po raz wszystkim udziela się niezrozumiałe szaleństwo i okrucieństwo (Fabryka małp). Mogło to robić wrażenie kolejnej próby pisania pod gust nastolatków. Jednakże Mogielnicki zapewniał: Piszę o sprawach, które mnie interesują, które mnie męczą. Być może mam mentalność 17-latka...Faktem jest, że była w tym pewna doza naturalności. Że - jak wynika z treści niektórych tekstów - ta szczególna dydaktyka była prowadzona przy kielichu (Zamki na piasku). Nie zabrakło też piosenki o kacu (Moje Kilimandżaro).
Zaś ja naprawdę nie sądzę, aby wysłuchanie Lady Pank mogło dziś skacować jakiegokolwiek wielbiciela rocka.
Okłada "Tylko Rock" z którego pochodzi recenzja.

Fragmenty wywiadu z Janem Borysewiczem.
Źródło: Machina nr 8 sierpień 1998.
Skąd pochodzisz?
Z Wrocławia - bardzo muzyczne miasto. Na początku grałem na perkusji. Może dlatego, że mój ojciec grał w zespole jazzowym na bębnach. Miałem szczęście - ludzie mi pomagali, mój sukces nie jest tylko moją zasługą. Na początku Jacek Baran wynalazł mnie w domu kultury. On śpiewał w znanym wówczas zespole Nurt. Wziął mnie na koncert w zastępstwie Alka Mrożka, który wyjechał do Niemiec. Nogi mi się trzęsły, bo kochałem ten zespół, a tu nagle miałem jechać z nim do jakiegoś domu studenckiego na koncert. Bez żadnej próby zagrałem cały ich repertuar. Potem grałem w zespole niemieckim Katia i Roman. Romek Rumowicz z zespołu Romuald i Roman ożenił się z Niemką z NRD i założył tam zespół, w którym występowałem przez osiem miesięcy. Zarabiałerm w Niemczech kupę pieniędzy. Pamiętam, że enerdowski inżynier dostawał miesięcznie 400 marek wschodnich, a ja zarabiałem 4000. Miałem wtedy 17 lat. W Niemczech usłyszał o mnie pewien indianin, który grywał z brytyjskim bluesmanem Alexisem Kornerem, i chciał, bym się do nich przyłączył. Nagrałem taśmę demo i wysłałem mu. Nic z tego jednak nie wyszło, ponieważ we Wrocławiu zobaczyłem zespół Apokalipsa i nie wróciłem do Niemiec.
Czy pamiętasz Wrocław, jaki opisał Lech Janerka w piosence Strzeż się tych miejsc?
Jasne, myśmy się wtedy bili dzielnicami. W jednej bójce waliło się 300 osób. Byłem z Sempolna, czyli z dzielnicy gdzie chłopaki nie pękają.Kiedyś podczas bójki przy Moście Grunwaldzkim zabrakło milicjantów do opanowania sytuacji i przysłano wojscko. Niedawno grałem koncert przeciw przemocy i pytano mnie, skąd się bierze ta agresja. Moim zdaniem wszystko wynika z układów rodzinnych. Wiem to po sobie. Miałem bardzo ciężką sytuację w domu i gdyby nie muzyka, nie wiem, jakbym skończył.
Pod koniec lat siedemdziesiątych znalazłeś się w Budce Suflera. Czego się nauczyłeś?
Jadąc do Lublina, byłem przekonany, że będę grał na drugiej gitarze. Gdy się dowiedzialem, że dotychczasowy gitarzysta Andrzej Ziółkowski przechodzi na bas, nogi ugięły się pode mną. To była już wtedy grupa z klasą i nie wiedzialem, czy sobie poradzę, ponieważ Romek Lipko komponuje numery, w których rola gitarzysty jest bardzo istotna. Pamiętam, że przez tydzień nie spałem. Czułem, że nie spełniam do końca oczekiwań Romka. Wtedy jednak w zespole był poważniejszy problem. Nie było wokalisty, który mógłby zastąpić Krzyśka Cugowskiego. Będąc w Budce, mogłem godzinami siedzieć w studiu, które dla zespołu pracowało non stop. Nagrywałem w nocy czterdzieści solówek, a oni przychodzili rano i wybierali jedną.
Jakiej muzyki wówczas słuchałeś?
Wtedy populani byli Pink Floyd, Rolling Stonesi I Doorsi. Ja zaś słuchałem głównie Milesa Davisa, Jimmiego Hendrixa i Johna Coltrane'a. W muzyce Hendrixa fascynowała mnie sekcja rytmiczna, bo największe solówki w dziejach zagrał Jimmy Page.
Kiedy zaczynałeś, istniał kult Antymosa "Lakisa" Apostolisa, gitarzysty SBB.
Jeździłem za SBB na wszystkie koncerty. Stałem pod sceną i dostawalem pierdolca. Uważam SBB za najlepsze trio na świecie. Nie Cream, ale SBB. Lakis jest gitarzystą, jakich teraz nie ma. Nikt nie gra tak jak on. Miał kilka charakterystycznych zagrywek, które tylko on potrafił zagrać.
Kto wymyślił Lady Pank, ty czy Mogielnicki?
W Budce nie mialem ambicji kompozytorskich. Kiedyś jednak Mira Kubasińska powiedziała mi, że skoro Nalepa może komponować, to każdy może. Wziąłem to sobie do serca i we Wrocławiu, w kuchni skomponowałem Nie wierz nigdy kobiecie. To była moja pierwsza piosenka. Romek Lipko pozwolił mi ją nagrać z Budką i od tego czasu poczułem, że mógłbym mieć własną kapelę. Mogiel, który pisał teksty dla Budki, wyczuł we mnie potencjał. Lady Pank był naszym wspólnym tworem.
Wówczas, po typowej muzyce rockowej lat 70., zainteresowaleś się nowofalowym popem.
To przejście było płynne. Zobaczyłem w Niemczech, w telewizji, koncert The Police i to był dla mnie szok. To było zupełnie inne myślenie. "Policjanci" odwrócili wszystko do góry nogami i zainspirowali wiele nowych kapel. Pokazali, że można inaczej.
W twoich utworach jest wiele cytatów z The Police.
Nie ukrywam, że bylem zafascynowany "Policjantami" i to z pewnością słychać w moich utworach. To jest nieuknione. Przy robieniu muzyki należy wykorzystywać dobre wzorce.
Panasewicz jest jedynym muzykiem, który ciągle jest z tobą...rozumiem, że jesteście przyjaciółmi?
Chyba tak. Musi być coś takiego, skoro jesteśmy tyle czasu razem. Najlepiej świadczy o tym fakt, że po latach przerwy znowu występujemy razem. Podkreślam - przerwy, ponieważ nigdy nie rozwiązaliśmy zespołu. Znaleźliśmy się w pewnym momencie w takim kotle, że musieliśmy odpocząć.
Dlaczego inni nie wrócili? Czy już za dużo kwasów było między wami?
Jacek Gola i Paweł Mścisławski, którzy mieszkają w Stanach, chcieli wrócić. Wiele osób mnie namawiało, by z powrotem skompletować stary skład, jednak doszedłem do wniosku, że zagramy z nowymi muzykami. Nie żałuję, bo gdybyśmy zaczęli z starym składem, byłoby to tylko odcinanie kuponów.
Rozmawiał: Grzegorz Brzozowicz
Współpraca: Rafał Bryndal
Fot. Machina

Lady Pank - Minus 10 w Rio/Mała Lady Punk
Tonpress KAW S-443
1982
*****
Jan Borysewicz (gitara, vocal); Wojciech Bruślik (gitara basowa); Andrzej Dylewski (perkusja); Janusz Panasewicz (vocal [A])
Strona A: Minus 10 w Rio (J. Borysewicz-A. Mogielnicki)
Strona B: Mała Lady Punk (J. Borysewicz-A. Mogielnicki)


Lady Pank - Ohyda
Savitor SVT 011
1984
****
Jan Borysewicz (gitara, vocal), Janusz Panasewicz (vocal); Jarosław Szlagowski (perkusja); Edmund Stasiak (gitara), Paweł Mścisławski (gitara basowa)
Realizacja: Sławomir Wesołowski, Mariusz Zabrodzki
Strona A:
1.Zabij to
2.Tango stulecia
3.Czas na mały blues
4.Rolling Son
5.Zabij to cz.II
Strona B:
1.To jest tylko rock and roll
2.Hotelowy kram
3.A to ohyda
4.Swojski Brodłej
5.Szakal na Brodłeju
Muzyka: Jan Borysewicz, słowa: Andrzej Mogielnicki.





Lady Pank - Drop Everything

Klub Płytowy Razem RLP 005
1985
***
Jan Borysewicz (gitara, vocal), Janusz Panasewicz (vocal); Jarosław Szlagowski (perkusja); Edmund Stasiak (gitara), Paweł Mścisławski (gitara basowa)
Realizacja: Sławomir Wesołowski, Mariusz Zabrodzki
Producer: Dave Leaper & Lady Pank
Side One:
Minuz Zero
2.Hustler
3.The ZOO That Has No Keeper
4.Be Good
Side Two:
1.Do, Do
2.Someone's "Round The Corner
3.Disturbance Of The Order (Instrumental)
4.Stranger
5.My Kilimanjaro
Written By: Jan Borysewicz (music); Andrzej Mogielnicki (lyrics); Tom Wachtel (English lyrics)





Lady Pank - Raport z N./Rysunkowa postać
Tonpress KAW S-527
1985
****
Strona A: Raport z N. (J. Borysewicz-A. Mogielnicki)
Strona B: Rysunkowa postać (J. Borysewicz-A. Mogielnicki)


Lady Pank - LP3
Polskie Nagrania Muza SX 2286
1986
***1/2
Jan Borysewicz (gitara, vocal), Janusz Panasewicz (vocal); Andrzej Dylewski (perkusja); Edmund Stasiak (gitara), Paweł Mścisławski (gitara basowa); Zbigniew Namysłowski (gościnnie - saksofon A4, B5); Janusz Skowron (gościnnie - keyboards A1, B2-B4)
Realizacja: Andrzej Sasin, Andrzej Lupa, Wojtek Przybylski
Strona A:
1.Made In Homo
2.Ludzie z Marsa
3.Babilon Disko Najt
4.Pierwsza linia
Strona B:
1.Oh Luczija
2.Całe życie
3.Osobno
4.Twój normalny stan
5.Nigdy nie za wiele rokendrola
Muzyka: Jan Borysewicz, słowa: Andrzej Mogielnicki





Lady Pank - Sly/This Is Only Rock'n'Roll
Tonpress KAW S-591
1986
**
Strona A: Sly (Phil Garland)
Strona B: J. Borysewicz-A. Mogielnicki/P. Garland)
Jan Borysewicz (gitara, vocal), Janusz Panasewicz (vocal); Andrzej Dylewski (perkusja); Edmund Stasiak (gitara), Paweł Mścisławski (gitara basowa)


Lady Pank - O dwóch takich, co ukradli księżyc
Poljazz K-PSJ-008
1986
*****
Jan Borysewicz (gitara, vocal), Janusz Panasewicz (vocal); Jarosław Szlagowski (perkusja); Edmund Stasiak (gitara), Paweł Mścisławski (gitara basowa)
Realizacja: Włodzimierz Kowalczyk, Tadeusz Czechak
Strona A:
1.Dwuosobowa banda
2.Siedmioramienna tęcza
3.Matka - instrumentalny
4.Marchewkowe pole
5.Hrabia
6.Wędrówka
7.Awantura
Strona B:
1.Czarownik
2.Chmurka
3.Latający kot
4.Oaza
5.Lew
6.Galop strażników - instrumentalny
Muzyka: Jan Borysewicz, słowa: Andrzej Mogielnicki







Lady Pank - O dwóch takich, co ukradli księżyc cz. 2
Poljazz PSJ 218
1988
**
Realizacja: Mikołaj Wierusz
1.Dwie głowy dwie szyje
2.Nastrój po upadku Jacka i Placka
3.Spadanie tęczy
4.Piosenka o zbójach
5.Pościg za rybami
6.Lawina
7.W drogę... do krainy leniuchów
8.Jaskinia
Strona B:
1.Kto przygód zna smak
2.Balony
3.Ktoś ukradł księżyc
4.Powrót do drzewa
5.Każdy kij ma dwa końce
6.Hymn czarownika
Muzyka: Jan Borysewicz, słowa: Jacek Cygan





Lady Pank - Tacy sami
Polskie Nagrania Muza SX 2619
1988
*****
Jan Borysewicz (gitara, vocal), Janusz Panasewicz (vocal); Wiesław Gola (perkusja); Edmund Stasiak (gitara), Paweł Mścisławski (gitara basowa); Rafał Paczkowski (instr. klawiszowe), Jerzy Suchocki (instr. klawiszowe)
Realizator: Rafał Paczkowski
Strona A:
1.Tacy sami (sł. J. Skubikowski)
2.Oglądamy film (sł. G. Ciechowski)
3.John Belushi (sł. Z. Hołdys)
4.Mała wojna (sł. Z. Hołdys)
5.Giga-Giganci (sł. Z. Hołdys)
Strona B:
1.To co mam (sł. M. Dutkiewicz)
2.Zostawcie Titanica (sł. G. Ciechowski)
3.Ratuj tylko mnie (sł. G. Ciechowski)
4.Martwy postój (sł. M. Dutkiewicz)
Muzyka: Jan Borysewicz





Lady Pank - Zawsze tam - gdzie ty
ZPR Records Z-LP 010
1990
****
Jan Borysewicz (gitara, vocal); Janusz Panasewicz (vocal); Piotr Urbanek (gitara basowa); Jarosław Szlagowski (perkusja); Konstanty Joriadis (syntezatory, vocal); Rafał Paczkowski (Hammond, fortepian, syntezatory)
Producent, realizacja: Rafał Paczkowski
Strona A:
1.Dopóki da czas
2.Przerwa w trasie
3.Co mnie to obchodzi
4.Jak igła
5.Nie omijaj mnie
Strona B:
1.Niedokończona ulica
2.Nie wpychaj mnie w to dno
3.Zawsze tam, gdzie Ty
4.Zapłacę każdą cenę
5.Wiara we wroga
Muzyka: Jan Borysewicz, słowa: Jacek Skubikowski